Będą wyższe rachunki za energię. KE zatwierdziła polską ustawę

08.02.2018

Komisja Europejska zatwierdziła 7 lutego ustawę o rynku mocy w Polsce. W Brukseli trwają jednak prace nad unijnym rozporządzeniem ograniczającym udział najbardziej emisyjnych elektrowni w mechanizmach mocowych. Może to spowodować konieczność ponownej weryfikacji polskiej ustawy.

– Pozytywna decyzja Komisji nie jest zaskoczeniem, ponieważ podczas negocjacji polskie władze wprowadziły do projektu ustawy wiele zmian, które dostosowały rynek mocy do obowiązujących regulacji unijnych z zakresu pomocy publicznej – ocenia Wojciech Kukuła, prawnik z Fundacji ClientEarth Prawnicy dla Ziemi.

– Dzisiejsza decyzja nie niweluje jednak wszystkich ryzyk prawnych związanych z rynkiem mocy w Polsce – zaznacza. Nowe prawo zapewnia możliwość udziału w rynku mocy instalacjom z innych państw członkowskich UE.

Przyjęte rozwiązania zawierają również preferencje dla jednostek redukcji zapotrzebowania na energię (tzw. DSR), magazynów energii oraz mniej emisyjnych źródeł gazowych i kogeneracyjnych (czyli wytwarzających jednocześnie energię elektryczną i ciepło).

Ponadto, w związku ze zmianą sposobu rozstrzygania aukcji, o wsparcie z rynku mocy trudniej będzie ubiegać się ewentualnym nowym projektom węglowym.

Głównym problemem pozostaje wysoka emisyjność istniejących i budowanych obecnie krajowych bloków energetycznych, wynosząca 700 lub więcej gram dwutlenku węgla na każdą kilowatogodzinę wytworzonej energii elektrycznej.

Komisja Europejska pod koniec 2016 roku zaproponowała, żeby w krajowych rynkach mocy mogły uczestniczyć wyłącznie elektrownie emitujące nie więcej niż 550 g CO2/kWh.

Ostateczny kształt unijnego rozporządzenia jest jeszcze przedmiotem negocjacji na poziomie instytucji UE. Kiedy jednak rozporządzenie zostanie przyjęte, zacznie obowiązywać w Polsce w sposób bezpośredni i będzie mieć pierwszeństwo stosowania przed krajową ustawą.

– W konsekwencji, pomimo że decyzja Komisji daje polskim władzom zielone światło do organizowania aukcji mocy przez 10 lat, nie można wykluczyć, że Polska będzie musiała skorygować zasady uczestnictwa w mechanizmie mocowym jeszcze przed rozpoczęciem pierwszego okresu dostaw, czyli przed 2021 rokiem – dodaje Kukuła.

Potwierdza to dzisiejsza informacja prasowa Komisji, zgodnie z którą po przyjęciu pakietu państwa członkowskie będą musiały dostosować wszystkie istniejące środki pomocy państwa do przyszłego prawodawstwa UE.

Przypomnijmy, ustawa o rynku mocy wprowadziła wynagrodzenia dla producentów energii elektrycznej z konwencjonalnych źródeł nie tylko za jej wytwarzanie, ale też za gotowość dostarczania energii w szczycie zapotrzebowania, czyli za dodatkowe moce.

– W ramach polityki energetycznej Unii Europejskiej elektrownie węglowe „wchodzą” do pracy dopiero po źródłach niskoemisyjnych, czyli OZE i gazie. W efekcie sprzedają mniej energii, co przekłada się na ich rentowność – wyjaśnia Krzysztof Tchórzewski, minister energii. – Spadają przychody, ale nie znika potrzeba utrzymania elektrowni dla zapewnienia bezpieczeństwa pracy systemu energetycznego. OZE nie są stabilnym, przewidywalnym w dłuższym czasie źródłem energii, dlatego konieczna jest realizacja projektów konwencjonalnych – przekonuje.

Na inwestowanie w nowe moce wytwórcze firmy nie mają pieniędzy, dlatego rząd obawiał się, że wraz z zamykaniem najstarszych elektrowni, w Polsce dojdzie do powtórki z sierpnia 2015 roku, czyli ograniczenia dostaw energii elektrycznej, tyle że już na dużo większą skalę.

Ministerstwo Energii chce więc teraz dopłacać koncernom energetycznym za to, że przez określony czas, w razie potrzeby, będą dysponowały odpowiednimi mocami wytwórczymi. – Spodziewam się, że dodatkowe fundusze staną się dla firm impulsem do inwestowania w nowe elektrownie lub modernizacji już istniejących przyznaje minister Tchórzewski.

Wsparcie ma być przyznawane w drodze aukcji, które będzie organizowało Ministerstwo Energii. Rozpocząć się mają już w grudniu tego roku. Wtedy wyjątkowo odbędą się aż trzy aukcje – na dyspozycyjność mocy w latach 2021, 2022 i 2023. Natomiast od 2019 roku będzie odbywała się już tylko jedna aukcja rocznie – na gotowość do pracy pięć lat w przód.

Koncerny mają oferować na aukcjach nie tylko dyspozycyjność określonych mocy wytwórczych, ale też wysokość wynagrodzenia. Resort spośród wszystkich ofert wybierze najkorzystniejsze, czyli w praktyce najtańsze.

Elektrownie, które wygrają aukcje, podpiszą kontrakty na gotowość do pracy. Maksymalnie będą one trwały 15 lat. Na razie wiadomo tyle, że na dłuższe kontrakty będą mogły liczyć elektrownie o niskiej emisji CO2 oraz dostarczające dużo ciepła do komunalnych systemów grzewczych, a na najdłuższe – elektrownie, które wymagają inwestycji przekraczających 3mln zł/1MW.

Według szacunków resortu, rynek mocy ma kosztować około 4 mld zł rocznie. Na wynagrodzenie mocowe złożą się wszyscy odbiorcy energii elektrycznej. Dodatkowa pozycja na rachunkach za prąd zostanie wprowadzona w 2021 roku. Resort zapowiedział, że w ciągu 10 lat funkcjonowania rynku mocy sektor mikro-, małych i średnich firm oraz dużych przedsiębiorstw niebędących odbiorcami przemysłowymi zapłaci w sumie prawie 15 mld zł. Natomiast odbiorcy przemysłowi – 2,1 mld zł. Wkład gospodarstw domowych wyniesie z kolei 7 mld zł. Jak przekonują urzędnicy, miesięcznie statystyczny Kowalski zapłaci mniej niż 10 zł. Dla najuboższych opłata mocowa nie ma przekroczyć 2 zł.

Mocniej uderzy ona w producentów rolnych. Naliczana ma być bowiem od każdego licznika, a tych gospodarze zwykle mają przynajmniej kilka. Prof. Zbigniew Karaczun z SGGW spodziewa się, że po wprowadzeniu rynku mocy ich rachunki podskoczą o 10-20%.

(08.02.2018 za K. Perkowska, agropolska.pl)