Minister chce zabrać dopłaty „warszawiakom”. Wystąpił do Brukseli

18.01.2019

O walce o przyszły unijny budżet rolny, fałszywym myśleniu o rolnictwie w Europie i zabraniu dopłat do użytków zielonych właścicielom niemającym z rolnictwem nic wspólnego – mówił na spotkaniu z gospodarzami minister Jan Krzysztof Ardanowski.

Podczas rozmów w Lubawie (woj. warmińsko-mazurskie) szef resortu rolnictwa powiedział, że chce, żeby dochody gospodarzy pochodziły z produkcji, a nie „z mitycznego myślenia o dopłatach”.

– Walczymy w Brukseli o wyższe dopłaty. Jestem w kontakcie z komisarzem Hoganem, spotykałem się z nim wielokrotnie, poprosił o rozmowę z premierem Mateuszem Morawieckim i do niej doszło. Polska jest jednym z głównych rozgrywających jeśli chodzi o politykę rolną Unii Europejskiej. Szukamy oczywiście sojuszników, bo pojedynczy kraj wśród 28 guzik znaczy – zapewniał Ardanowski.

Według polityka przede wszystkim nie wolno zmniejszyć budżetu rolnego UE, tymczasem myślenie o rolnictwie w Europie Zachodniej temu nie sprzyja.

– Mówią, że rolnictwo jest w dobrym stanie, żywności w Europie nie brakuje. Wieś jest zamożna, pieszo nikt nie chodzi, ładne domy ludzie mają, jako taka infrastruktura też jest, to po co dopłacać do rolnictwa. Takie są głosy w Europie – obrazował szef resortu rolnictwa.

Budżet musi być tymczasem wysoki, bowiem bez pieniędzy nie da się zrealizować wszystkich nowych wymogów i wyzwań dotyczących środowiska, wody, powietrza, klimatu, bioróżnorodności itd.

W kwestii przyszłego wsparcia minister zapowiedział chęć wprowadzenia zasady, że dopłaty bezpośrednie do użytków zielonych przysługują tylko i wyłącznie, jeśli w gospodarstwie są zwierzęta.

– Jeśli zwierząt korzystających z takich użytków nie ma, wystąpiłem do Brukseli, żeby dopłat nie było. W Polsce mamy sytuacje, że jest ok. 3 mln ha tzw. trwałych użytków zielonych, czyli zielska do pasa, często niewykoszonych nawet w ramach dobrej praktyki rolnej, do których są dopłaty w wysokości 2,5-3 mld zł – wskazywał Ardanowski.

Jego zdaniem, te pieniądze mogłyby trafić do prawdziwych rolników, a nie osób, które – będąc tytularnymi właścicielami użytków zielonych – nie są związane z rolnictwem w ogóle i mieszkają najczęściej w mieście.

– W Bieszczadach na Podkarpaciu 200 tys. ha jest własnością warszawiaków. I dostają dopłaty. Ja uważam, że to wynaturzenie i wystąpiłem, żeby w następnej perspektywie unijnej, czyli po 2020 roku, bo teraz nie można, wprowadzić zasadę, że jeżeli chcesz dostawać dopłatę do użytków zielonych, to musisz mieć zwierzęta. Oczywiście w natężeniu ekstensywnym, nie chodzi o to, żeby kogoś zmuszać do jakiejś wielkiej obsady, ale 0,3 DJP na ha bydła, owiec, kóz, koni, gęsi, czyli tych zwierząt, które w dużym stopniu korzystają z zielonki – wyjaśniał minister.

W jego opinii takie ograniczenie może sprawić, że część ziemi trafi do rolników potrzebujących jej do hodowli i zmniejszy trochę tzw. głód ziemi. – Teraz na każdy kawałek gruntu jest zainteresowanie, ludzie o niego się biją, są gotowi płacić wysokie ceny, czasem nierealne z punktu widzenia ich gospodarstw. Potem te gospodarstwa bankrutują – mówił na koniec polityk.

(18.01.2019 za agropolska.pl)