Powody niestosowania przepisu o ograniczeniu marek własnych nie błahe

08.03.2019

Od kilkunastu lat artykuł 17d ustawy o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji ogranicza sklepom dyskontowym ilość towarów w tzw. markach własnych. Czytamy tam: Czynem nieuczciwej konkurencji jest wprowadzanie do obrotu przez sieci sklepów dyskontowych towarów w ilości przewyższającej 20% wartości obrotów z markami stanowiącymi własność właściciela sieci lub podmiotów zależnych. Ale zapis ten budzi wątpliwości interpretacyjne (a nawet gramatyczne) – i dlatego nie jest stosowany. Powody tego zawieszenia nie są błahe – wskazuje Andrzej Faliński, prezes Stowarzyszenia Forum Dialogu Gospodarczego, dyrektor generalny Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji w latach 2000-2017.

Co to znaczy bowiem sklep dyskontowy i gdzie można go znaleźć? Definicji formalnej nie ma, a sklepy zwyczajowo nazywane dyskontowymi nie są wbrew nazwie najtańsze, ani nie mają (już od lat) ekstremalnie zredukowanej ilościowo i jakościowo gamy towarów. Nie mówiąc o estetyce i komforcie samych sklepów. Często sprzedają produkty typu premium i oferują całe linie wysoko pozycjonowanych marek producenckich. Owszem, mają dyskontowo dobraną gamę produktów najlepiej rotujących, ale to nie jest grzech w myśl jakiegokolwiek przepisu, bo jest to raczej dowód kunsztu handlowego. Mają u siebie marki własne, i to w sporym procencie, o bardzo zróżnicowanym pozycjonowaniu cenowo-jakościowym, ale tak chcą robić wszyscy. Zakładajmy jednak, że lepiej nie jest zakazane…, bo tłumić konkurencji w UE nie wolno. Konia z rzędem życzę łowcom dyskontów, nawet tych z więcej niż 20% udziałem marek własnych – komentuje ekspert.

Byłem na posiedzeniu komisji w 2002 roku, kiedy to w ostatniej chwili dorzucono ten artykuł, więc domyślam się, że pośpiech legł u podstaw sformułowania … towarów w ilości przewyższającej 20% wartości obrotów z markami stanowiącymi … Stąd pewnie gramatyczny urok tego zapisu.

Wyobraźmy sobie, że przepis ten, pomimo nie po polsku zredagowanego sformułowania i – co ważniejsze – braku definicji, zaczyna być egzekwowany. Szybko okaże się, że stosowanie go to dyskryminacja oraz wywołanie pochodnych skutków dyskryminujących. Oprócz tego pojawia się efekt osłabienia konkurencji i pogarszania pozycji rynkowej niektórych, niemal palcem wskazanych firm. Tego, jak wiemy, w UE czynić nie wolno, więc prawnicy pokrzywdzonych z pewnością szybko znajdą drogę do KE i do TSUE. Nawet po usunięciu braków logiczno-stylistycznych, pozostanie uzasadniony zarzut dyskryminacji określonej kategorii firm, o niekrajowym pochodzeniu. A to narusza zasady swobodnego przepływu czynników ekonomicznych, np. kapitału lub towarów, właśnie marki własnej, chętnie przez firmy handlowe eksportowanych. Bo niby jak w kategoriach swobody gospodarczej wytłumaczyć, że do 20% wolno, a powyżej nie… Przy rzetelnym traktowaniu prawa egzekwowanie tego przepisu jest niemożliwe, ale… widywano różne rzeczy nad Wisłą – podsumowuje Andrzej Faliński.

(08.03.2019 za dlahandlu.pl, fot. PTWP)