Mleczarze na Forum Rynku Spożywczego: Mówienie o kryzysie jest przesadzone

Podczas IX Forum Rynku Spożywczego odbyła się także debata poświęcona branży mleczarskiej. Tegorocznym tematem był kryzys i sposoby radzenia sobie z nim.

Debata pod tytułem „Przemysł mleczarski – branża ma sposób na kryzys i perspektywy na przyszłość” zaczęła się dosyć przewrotnie, od stwierdzenia Jacka Migrały, dyrektora Zott Polska, że branża mleczarska uwielbia mówić o kryzysie, ale jest on mocno przesadzony. – Jestem w komfortowej sytuacji, że przez ostanie kilka lat ani razu nie użyłem słowa kryzys. Jest to bardzo dobra zasłona, używana nie tylko w Polsce. Gdy byłem niedawno w Niemczech, słowo kryzys było odmieniane przez wszystkie przypadki. Mocno go nadużywano. Dzisiaj dowiedziałem się o dwóch dużych inwestycjach liczonych w milionach euro. Usłyszałem rozmowę o szukaniu mleka, którego zaczyna brakować. Jakoś nie pasuje mi to do słowa kryzys – podkreślał dyrektor Migrała. Dodał, że patrząc od strony producenckiej oczywiście są kategorie, które mają spadki. – To normalne. Walczymy z tym przy pomocy komunikacji społecznej, dodam, że skutecznie. Z drugiej strony takie spadki zmuszają firmy do innych aktywności. Gdy spada konsumpcja jogurtu truskawkowego, to rośnie naturalnego. Analizując pewną ilość kategorii, połowa spada, kilka jest stabilnych, a druga połowa wykazuje wzrosty – mówił Jacek Migrała. – Podtrzymuję, że mówienie o kryzysie jest mówieniem o micie – dodał. W pewnej mierze zgodził się z nim Bogdan Woźniak, wiceprezes Spółdzielni Dostawców Mleka w Wieluniu, który powiedział, iż kryzys trzeba by dopiero zdefiniować. – Jest kilka definicji czym jest kryzys jako taki, często jest to naturalny element cyklu koniunkturalnego. Natomiast my, jako branża, radzimy sobie od 20 paru lat – uważa Bogdan Woźniak. Z kolei Tomasz Głasek, dyrektor handlowy, Okręgowej Spółdzielni Mleczarskiej w Piątnicy, podkreślił, że firma przez ostatnie 25 lat nie miała ani jednego roku kryzysowego i co roku ma stały wzrost sprzedaży.

W kwestii kryzysu wypowiedział się także Stanisław Duch, dyrektor zakładu Mlekovity w Baranowie. – Mówiąc o kryzysie trudno jednoznacznie określić, jaka powinna być cena mleka. Jedni mówią, że 90 groszy, inni, że 1,20 zł, a jeszcze inni narzekali, gdy cena była nawet 1,70 zł. Wahania cen będą zawsze i trzeba się z tym pogodzić. Podobnie jak nikt nie mógł przewidzieć, że będzie susza. Trzeba być przygotowanym – i przetwórcy, i rolnicy powinni być przygotowani na przetrwanie wahań koniunkturalnych. Nie jesteśmy sami, żyjemy na świecie i jesteśmy uzależnieni od ogólnej sytuacji. Te wszystkie zawirowania także na nas mają wpływ – mówił Stanisław Duch.

Prowadzący zapytał, skoro nie ma kryzysu, to czemu służą działania i interwencje na rynku mleka. – Pewne fakty rzeczywiście się rozjeżdżają. Dyskusje w Unii są bardzo długie, decyzje podejmowane są różnie, nie zawsze w idealnym momencie. Zawsze byłem przeciwnikiem jakichkolwiek ingerencji i reglamentacji. Czy to były kwoty, czy teraz mamy zachęty, które są lepsze niż gospodarka nakazowa, ale to nadal ingerencja – opowiedział Jacek Migrała. – Ja podchodzę do tych działań w sposób neutralny. Jest prawdą, że procesy decyzyjne KE nie zawsze trafiają w idealny punkt, gdy z jednej strony dużym przetwórcom zaczyna brakować mleka, a z drugiej są prowadzone działania zmierzające do ograniczenia jego produkcji… to o czymś to świadczy – wskazał dyrektor Zott Polska. W podobnym tonie wypowiedział się Bogdan Woźniak, który zwrócił uwagę, że rzeczywiście procedowanie nawet prostego przedsięwzięcia na poziomie Komisji Europejskiej trwa 1,5-2 lata. – Zaletą ostatniego przedsięwzięcia KE jest to, że pomaga łagodnie wyjść tym rolnikom, którzy i tak postanowili zrezygnować z produkcji mleka – mówił wiceprezes Woźniak. Zauważył także, że nasze państwo jako całość i ministerstwo rolnictwa zachęca i obiecuje pomoc w prowadzeniu ekspansji. Do tego potrzebny jest surowiec, więc równoczesne ograniczanie produkcji mleka, jest działaniem przeciwstawnym i wzajemnie się wykluczającym – dodał przedstawiciel SDM z Wielunia.

Sporo kontrowersji wywołała przytoczona przez prowadzącego wypowiedź profesora Babuchowskiego, który mówił, że nie można ślepo opierać się na cenach z giełdy Fonterry, gdyż działa ona na rynkach azjatyckich i często nie przystaje do europejskich realiów. Chętnie ustosunkował się do tego Bogdan Woźniak. – Trzeba podchodzić do informacji giełdowych z tego źródła ostrożnie, gdyż osoby zajmujące się rynkiem mleka mają świadomość, że Fonterra często prowadzi określoną politykę informacyjną, przez co liczy na pewne korzyści, a równoczesne utrudnienia dla innych uczestników rynku – powiedział wiceprezes z Wielunia. Zgodził się z nim Stanisław Duch, który w swojej wypowiedzi nawiązał także do polityki i działań Komisji Europejskiej. – Jakbyśmy rozmawiali o ograniczeniu produkcji mleka pół roku temu, to miałoby to może jeszcze sens. W tej chwili za mleko tzw. przerzutowe trzeba płacić około 1,50-1,60. Wszystkie decyzje i działania Komisji Europejskiej są mocno spóźnione – ocenił dyrektor Mlekovity. W jego odczuciu, od decyzji do wdrożenia upływa zbyt długi czas, dlatego obecnie działania nie mają racji bytu. – Bazowanie na aukcji Fonterry, która działa na rynkach azjatyckich, to zupełnie inna sprawa. Polskie firmy są obecne na tych rynkach, ale tylko na przyczepkę, w sposób raczej marginalny. Główne skrzypce grają tam te firmy, które są tam od lat, mają swoje przedstawicielstwa. My dopiero zaczynamy pojawiać się i próbować swoich sił na rynkach azjatyckich. Aby było to jednak możliwe, trzeba mieć tam swoich przedstawicieli – mówił Stanisław Duch. Z kolei Tomasz Głasek zwrócił uwagę, że mamy rynek globalny, dlatego całkowicie abstrahować od cen z giełdy Fonterry nie można. Na pewno ceny te powinny być brane pod uwagę przy kreowaniu polityki Unii Europejskiej i mają wpływ na nasz rynek.

Tradycyjnie wiele emocji wzbudziła kwestia współpracy z sieciami handlowymi. – Po zniesieniu kwotowania jedna z sieci handlowych zwróciła się z oczekiwaniem dotyczącym obniżki cen, natomiast takie bardziej miękkie sygnały otrzymaliśmy faktycznie od wielu sieci. Udało się nam przez ten dwuletni okres utrzymać ceny na stałym poziomie, bez ich zmniejszania. Wynika to stąd, że wykorzystujemy własny surowiec, za który płacimy najwyższe ceny w Polsce, a w niektórych okresach także w całej Unii Europejskiej. Mieliśmy więc bardzo dobry argument, aby cen naszych wyrobów nie obniżać. W tej chwili udaje się nam uzyskiwać pewną premię z obecnej sytuacji i korygować na korzyść mleczarni ceny uzyskiwane ze sprzedaży – powiedział Tomasz Głasek. Zawtórował mu Jacek Migrała, który również powiedział, iż firma Zott wprowadziła teraz nowy cennik na rynek i jest on wyższy niż wcześniejszy. – Jest tajemnicą poliszynela, że były żądania od sieci handlowych dotyczące obniżania cen. Nie wynikały one tyle z faktu zniesienia kwotowania, a okazją do takich oczekiwań sieci handlowych jest każdy spadek cen na rynkach światowych i cen płaconych rolnikom. Każdy pretekst jest dobry – mówił dyrektor Zott Polska. Podkreślił, że natomiast jest jedna podstawowa zasada – im lepsze i mocniejsze marki, tym łatwiej mogą bronić swoich pozycji przed zakusami sieci handlowych. – Im większy udział marek własnych w produkcji, im większy udział produktów masowych, gdzie dostawcy grają kilkoma pozycjami, tym trudniej utrzymać stały poziom cen. To nie odnosi się tylko do naszego rynku, ale podobnie jest także na rynku niemieckim, który dosyć dokładnie śledzę. W tym roku u producentów marek własnych były ogromne żądania, i w większości były one spełniane – ubolewał dyrektor Migrała. – Powiem w imieniu producentów brandowych, nam udało się w dużej mierze obronić swoje pozycje i przetrwać ten trudny czas. Wiem także, że niektóre firmy musiały upuścić krwi dosyć znacznie. Zasada jest też taka, że gdy następuje odbicie cen surowca w drugą stronę, to gotowość sieci handlowych do zmiany cen w drugą stronę jest tylko werbalna. One są deklarowane, ale procesy decyzyjne przebiegają tak, jak w unii Europejskiej – żartował Jacek Migrała. W kwestii znaczenia marek podobną opinię wyraził Bogdan Woźniak. – Marka sprzedaje produkt. Łatwiej broni się marka niż communities. Jeśli chodzi o żwawość naszych rozmówców ze strony handlu, to faktycznie tak się toczą – dodał. Zwrócił także uwagę, że jeśli chodzi o przyczynę, to pamiętajmy, że jest ona po stronie sprzedażowej. – Z jednej strony spadki cen produktów masowych, a z drugiej ogromne żądania ze strony handlu sprawiły, że konieczne były obniżki cen płaconych rolnikom, a nie odwrotnie – podkreślał

Jak mówił dyrektor Duch, żądania obniżenia cen dotknęły także Mlekovitę. – Natomiast Mlekovita jest sporą firmą jak na warunki polskie, bo jak na warunki europejskie czy światowe, to jesteśmy daleko. Na rynku światowym były pewne korekty, ale niewielkie. Znacznie większe spadki były na rynkach eksportowych. Spadek cen do dzisiaj ma skutki. Można renegocjować pewne umowy, ale poziomów cen sprzed spadków nie da się już osiągnąć – uważa dyrektor Duch. Z kolei dyrektor Głasek wskazał na kilka istotnych elementów. – Odnośnie wychodzenia z kryzysu, to dzięki programowi 500+ jest więcej środków na konsumpcję, dzięki czemu wyższe ceny są bardziej akceptowane. Drugi element, to ostatnie badania wskazuję, że w Europie, poza Wielką Brytanią, spada udział marek własnych. Dotyczy to także Polski – powiedział.

W czasie dyskusji nie poruszono wszystkich tematów, jakimi żyje branża mleczarska, ale omówiono te najważniejsze i najbardziej gorące. Ogólne przesłanie płynące z debaty było zdecydowanie pozytywne i pozwalające mieć nadzieję, że polskie mleczarstwo może, mimo rozmaitych trudności, z optymizmem patrzeć w przyszłość.